Dzięki niemu w Bośni i Hercegowinie otwarła się także dla Polaków furtka do zrobienia szybkiej kariery. Austro-Węgry uważały swoją obecność w Bośni i Hercegowinie za misję cywilizacyjną, przynajmniej w taki sposób tłumaczono zaangażowanie na Bał-kanach10. W rzeczywistości chodziło o rekompensatę strat, jakie Habsburgowie
EWA KLONOWSKI, EVA KLONOWSKI. Antropolożka sądowa, honorowa obywatelka Federacji Bośni i Hercegowiny, gdzie wydobywa i rozpoznaje szczątki ofiar wojny. Nominowana do Pokojowej Nagrody Nobla, członkini Amerykańskiej Akademii Nauk Sądowych. Ur. 18.11.1946 we Wrocławiu. Studiuje antropologię we Wrocławiu. W grudniu 1981 roku wyjeżdża
Bandyci, chuligani, element aspołeczny. Takimi epitetami określali Niemcy małych Polaków, których zamykali w specjalnie dla nich utworzonym obozie. Istnienie miejsca takiego jak obóz koncentracyjny dla dzieci przy ul. Przemysłowej w Łodzi to z pewnością jeden z najbardziej haniebnych epizodów II wojny światowej. Winę za to ponoszą jedynie Niemcy.
Bośniacy przeciwko Imperium Osmańskiemu – bunty ludności muzułmańskiej w Bośni w pierwszej połowie XIX wieku December 2021 Balcanica Posnaniensia Acta et studia 28(2):81-97
Pierwsze wiersze były trochę nieporadne. Próbowałam sobie przypomnieć, który był pierwszy. Dotyczył wojny w Bośni. To był taki impuls. Sprzeciw do tego, co się działo. Tego wiersza nie ma w tomiku. To był jednak taki punkt zapalny. Wysyłałam wiersze na konkursy poetyckie. Udało mi się zdobyć jakieś nagrody.
Ustanowienie misji było zgodne z porozumieniem z 14 grudnia 1995 r. kończącym wojnę w Bośni i Hercegowinie. Siły te nazwano Misją ONZ w Bośni i Hercegowinie (UNMIBH). Mandat misji obejmował: monitorowanie, obserwowanie i nadzorowanie wprowadzania systemu prawa i sprawiedliwości. udzielanie wszelkiej pomocy rządowi Bośni i
iRpMn. Wojna w Bośni pochłonęła 100 tys. ofiar. Połowę stanowili żołnierze i członkowie oddziałów paramilitarnych walczących ze sobą stron konfliktu. Oznacza to, że drugą połową byli cywile. Synonimy tamtej wojny – Srebrenica i Sarajewo – pochowały prawie 20 tys. osób. Gdzie zginęła reszta? Na Zachodzie świadomość dokonywania zbrodni w Bośni już w pierwszych miesiącach konfliktu właściwie nie istnieje, a to właśnie wtedy powstały tam "obozy koncentracyjne". Dziennikarz "Guardiana" Ed Vulliamy jako pierwszy poinformował o ich istnieniu. W kwietniu 1992 roku bośniaccy Serbowie rozpoczęli wojnę. W Bośni rozpoczęła się kampania czystek etnicznych, niewidzianych na kontynencie od II wojny światowej. Na terenie kraju powstawały obozy koncentracyjne, do których przewożono muzułmańskie (czasami też chorwackie) kobiety i dziewczynki. Tam je gwałcono i mordowano, mężczyzn głodzono i w Bośni pochłonęła 100 tys. ofiar. Połowę stanowili żołnierze i członkowie oddziałów paramilitarnych walczących ze sobą stron konfliktu. Oznacza to, że drugą połową byli cywile. Synonimy tamtej wojny – Srebrenica i Sarajewo – pochowały prawie 20 tys. osób. Gdzie zginęła reszta? Na Zachodzie świadomość dokonywania zbrodni w Bośni już w pierwszych miesiącach konfliktu właściwie nie istnieje, a to właśnie wtedy powstały tam "obozy koncentracyjne". Dziennikarz "Guardiana" Ed Vulliamy jako pierwszy poinformował o ich istnieniu dokładnie 24 lata odcisnął tak tragiczne piętno na europejskiej historii i kulturze, że dzisiaj pewne terminy zdają się być zarezerwowane tylko dla okresu zagłady Żydów z rąk nazistowskich Niemców i ich sojuszników. Jednym z nich jest "obóz koncentracyjny". O czym w szkołach się z reguły nie uczy, to o tym, że jako pierwsi nie stworzyli ich naziści. Obóz koncentracyjny to wynalazek przełomu XIX i XX wieku z okresu wojen burskich. Brytyjczycy w takich miejscach zbierali wtedy Burów, którzy masowo umierali. Odwołując się do tej historii, Ed Vulliamy napisał więc w 1992 r. i pisze wciąż o obozach koncentracyjnych, które dla muzułmańskiej ludności stworzyli wtedy bośniaccy jakiekolwiek wzmianki dotyczące wojny w byłej Jugosławii trudno się oprzeć wrażeniu, że wiedza zachodnich Europejczyków o niej sprowadza się do ludobójstwa w Srebrenicy i oblężenia Sarajewa. Wygląda to tak, jakby w zbiorowej świadomości starano się zapomnieć o wydarzeniach 1992 roku i w ten sposób ukryć wyrzuty sumienia Europy. Zachód opuścił bowiem Bałkany nie tylko w ich tragedii w lipcu 1995 roku (Srebrenica), i nie tylko w stolicy Bośni, ale robił to stale – wobec ponad trzech lat gwałtów, mordów i innych form czystek etnicznych, wybierając równie wstydliwą co perwersyjną obozówW kwietniu 1992 roku, zaledwie miesiąc po referendum niepodległościowym, w którym ponad 99 proc. obywateli Bośni i Hercegowiny zagłosowało za opuszczeniem Federacji Jugosłowiańskiej, bośniaccy Serbowie rozpoczęli wojnę. Wiosną i latem tamtego roku Bośnia wiedziała już, czym jest tzw. przemysł wojenny. Określenie, którego używa od ponad 20 lat Trybunał w Hadze, sądząc zbrodniarzy z tamtego czasu, oznaczał obejmującą prawie cały kraj kampanię czystek etnicznych, niewidzianych na kontynencie od II wojny światowej. W miastach i gminach takich jak Focza i Viszegrad, powstawały obozy, do których przewożono muzułmańskie (czasami też chorwackie) kobiety i dziewczynki. Tam je gwałcono i mordowano, o czym donosił już wtedy w swoich raportach dla ONZ Tadeusz Mazowiecki. To on doprowadził później do uznania przez ONZ gwałtów za jeden z elementów świadomej taktyki wojennej mającej poniżyć miast, miasteczek, wsi i przysiółków "oczyszczono" z nieserbskiej ludności. W stronę Chorwacji podążyły przez kolejne linie frontu setki tysięcy uciekinierów pozbawionych domów i rodzin. W tamtym czasie na ulicach miast północno-zachodniej i centralnej Bośni dochodziło już do egzekucji. Wtedy też powstały cztery obozy – "zbiorcze", jak chcieli Serbowie lub "koncentracyjne" – jak piszą w Omarskiej. Zdjęcie wykorzystane w jednym z procesów przed Trybunałem w Hadze / Źródło: ICTY Były to: Omarska, Trnopolje, Keraterm i Manjacza. To do Omarskiej 5 sierpnia 1992 r. jako pierwszy zachodni dziennikarz dotarł Ed Vulliamy i to jego relacja opublikowana w "Guardianie" dzień później zwróciła już wtedy uwagę na to, co dzieje się w Bośni."Nie będziemy marnowali na nich kul. Nie mają dachu nad głową. Jest słońce i deszcz, zimne noce. Są bici dwa razy dziennie. Nie dajemy im jedzenia i wody. Będą głodowali jak zwierzęta."Te słowa, wypowiedziane przez jednego z serbskich strażników, zanotowane przez późniejszego wysłannika ONZ, który pojawił się w obozie, być może najlepiej oddają to, czym była Omarska. To tam 5 sierpnia, 24 lata temu setki stojących za drutem kolczastym więźniów zobaczył Vulliamy oraz ekipa brytyjskiej telewizji się tam dostać, dziennikarze musieli odbyć szereg negocjacji, rozmawiając w ciągu kilku dni z przeróżnymi, coraz niższymi rangą wojskowymi i cywilnymi urzędnikami, wyznaczanymi na ich "przewodników". Gdy zgodę na wizytację w "obozach przejściowych" wydał im lider bośniackich Serbów Radovan Karadżić, nie spodziewał się, że już kilkadziesiąt godzin później dziennikarze będą czekali u drzwi jego gabinetu; że przylecą z Londynu najpierw do Belgradu, a potem ruszą w głąb od Karadżicia coraz niżej, Brytyjczycy w końcu trafili tam, gdzie mieli. Na miejscu Serbowie zarządzający obozem nie zdawali sobie sprawy z tego, że więźniowie, do których ich dopuszczą tylko na kilka chwil – wychudzeni, przerażeni, schorowani i zhańbieni – wciąż będą mogli im przekazać tyle informacji o tym, co dzieje się w Bośni; o tym, gdzie mają jechać i o co pytać, by napisać i powiedzieć jak najwięcej o zbrodniach. Choć sami nie mówili o sobie, dziennikarze usłyszeli wtedy od więźniów nazwy: Keraterm, Trnopolje, Manjacza. Wszędzie miało być podobnie albo jeszcze gorzej niż w Omarskiej. Wszystkie te nazwy oznaczały kolejne obozy koncentracyjne, w których przetrzymywano w pierwszych miesiącach wojny tysiące obozu Manjacza na obrzeżach Banja Luki w Republice Serbskiej (BiH) / Źródło: ICTY Wszędzie tam więzionych muzułmanów i muzułmanki poddawano torturom i głodzono. Setki gwałcono, a wielu kazano gwałcić się nawzajem, urządzając z tego rozrywkę dla te obozy zostały założone na terenie Prijedoru – gminy w północno-zachodniej Bośni, dziś będącej częścią Republiki Serbskiej w ramach Bośni i Prijedorze władzę pełniły wtedy służby cywilne. Obozy również były zarządzane przez nie. Choć Serbowie twierdzili, że przetrzymują tam jeńców wojennych, wiosną i na początku lata 1992 r., w Bośni po stronie muzułmańskiej walczył jeszcze mało i Keraterm były obozami, w których przede wszystkim torturowano i mordowano. Trnopolje było miejscem, w którym zbierano głównie ludność cywilną przed deportacjami. Tam przebywały kobiety, dzieci i starcy. Tam również dokonywano gwałtów na masową skalę. Czwarty z obozów – Manjacza – miał rzekomo służyć tylko do przetrzymywania jeńców wojennych, jednak i tam większość stanowili cywile."Ustawiony" obiad w obozie Omarska w czasie wizyty zachodnich mediów / Źródło: ICTY Mimo tego, że w 1992 r. Serbowie w Bośni, wspierani przez oddziały i wojskowe zaplecze z Belgradu, nie byli właściwie w żaden sposób zagrożeni przez muzułmańskich mieszkańców kraju, na terenie Prijedoru rozpoczęli pierwszą, wielką kampanię czystek etnicznych. Bywały okresy – całe tygodnie – gdy w gminie nieserbskich mieszkańców zmuszano do noszenia białym opasek na ramionach. Palono ich domy, niszczono meczety i kościoły katolickie (żyło tam też wielu Chorwatów), mordowano na ulicach, w biały dzień, a gdy któryś z prześladowanych nie wytrzymywał i prosił o możliwość wyjazdu (jeżeli wcześniej nie znalazł się w obozie lub nie został przepędzony), serbskie władze nakazywały mu podpisanie odpowiednich dokumentów. W nich zrzekał się swojego mienia. Wyjazd z gminy oznaczał też, że jego nazwisko zostanie wykreślone z urzędowych ksiąg; będzie oznaczało, że nigdy go tutaj nie realizowano plan tworzenia na ruinach Jugosławii tzw. Wielkiej Serbii – czystej etnicznie ziemi, w której wolnością będą mogli się cieszyć w końcu Serbowie. Co tak ciekawe jak i niewiarygodne, wiosną tego roku Trybunał w Hadze za główną rolę w tworzeniu ideologicznych podstaw dla wcielenia w życie tego projektu, serbskiego ultranacjonalistę Vojislava Szeszelję Omarska, 1992 rok / Źródło: ICTY Łącznie przez tamte cztery obozy – które wszystkie odwiedził Vulliamy, kierowany kolejnymi głosami więźniów wspierających się wychudzonymi nadgarstkami o drut kolczasty – przewinęło się prawdopodobnie kilkanaście tysięcy osób. Zginęły ich tam setki, setki innych zgwałcono, a tysiące poddano torturom. Wiele ofiar przeżyło jednak im – i ich woli przetrwania – Ed Vulliamy poświęcił po ponad 20 latach książkę, której Polacy jako jedyni nie muszą czytać po co osiągnął dla Bośni, ale i dla świata tamtą podróżą w sierpniu 1992 r. Vulliamy, było szybkie zamknięcie tych obozów, Karadżić czytający zachodnią prasę i bojący się jej, przestraszył się bowiem ewentualnych nacisków kiedy zlikwidował obozy, bośniaccy Serbowie wcale nie przestali zabijać. Nie przestali przez kolejne trzy lata, a największą masakrę, która urosła – nawet w nazewnictwie wyjątkowo zachowawczych sędziów Trybunału w Hadze – do rangi ludobójstwa, urządzili w Srebrenicy, gdzie wymordowali ponad osiem tysięcy wtedy świat "Wojna umarła, niech żyje wojna" przygotowało dla polskiego czytelnika wydawnictwo Czarne.
Jarosław Lindenberg Ambasador Nadzwyczajny i Pełnomocny Rzeczypospolitej Polskiej w Bośni i Hercegowinie Urodzony w 1956 roku, absolwent studiów magisterskich i doktoranckich Wydziału Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego (magister filozofii -1980, doktor nauk humanistycznych w zakresie filozofii - 1985 r.). W latach 1980-1990 pracownik naukowo-dydaktyczny Filii UW w Białymstoku (asystent, st. asystent) i Wyższej Szkoły Pedagogiki Specjalnej w Warszawie (adiunkt). Od października roku 1990 pracuje w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Od 2002 r. jest ambasadorem tytularnym w służbie zagranicznej. W latach 2012-2018 był zastępcą Dyrektora Protokołu Dyplomatycznego (nadzoruje sprawy przywilejów, immunitetów oraz nieruchomości dyplomatycznych). Był ambasadorem RP na Łotwie - i dodatkowo w Estonii - (1991-1996) oraz w Bułgarii (1998-2003) a także chargé d’affaires w Czarnogórze (2007-2011). Do szczególnych osiągnięć w służbie zagranicznej należy zaliczyć założenie od podstaw trzech placówek dyplomatycznych RP - Ambasady w Rydze (1991), w Tallinie (1991) i w Podgoricy (2007), a jako zastępca Dyrektora Protokołu Dyplomatycznego położył szczególny nacisk na wymaganie przestrzegania polskiego prawa przez obcych dyplomatów. Od końca lat 70. do końca lat 80. ubiegłego wieku związany z opozycją demokratyczną. Z tego powodu był internowany w stanie wojennym. W 2012 r. otrzymał decyzją Prezydenta RP Krzyż Wolności i Solidarności. Ma nadany przez Szefa Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych status osoby represjonowanej z powodów politycznych. W przeszłości sporadycznie zajmował się też działalnością dziennikarską i literacką (jest współautorem powieści „Człowiek z krwi i kości” (1990 r.) oraz scenariusza do filmu Konrada Szołajskiego pt. „Człowiek z…” (1992 r.). Włada językami: angielskim, francuskim, bułgarskim oraz rosyjskim, i serbskim/chorwackim. Odznaczony krzyżem komandorskim orderu „Trzech Gwiazd” (łotewski) i orderem „Stara Planina” I kl. (bułgarski). Żonaty, szczęśliwy ojciec trojga dzieci.
i Reprezentanci Polski przed meczem z Holandią W poniedziałkowy wieczór na stadionie w bośniackiej Zenicy reprezentacja Polski powalczy o pierwsze punkty w Lidze Narodów 2020/2021. A czy "Biało-czerwonym" uda się osiągnąć sukces i wrócić z Bałkanów z pełną pulą? To pokażą już najbliższe godziny, a teraz możemy sprawdzić, jak wygląda miejsce, do którego dostęp mają nieliczni - czyli polska szatnia. Pojedynek w Holandii zdecydowanie nie ułożył się po myśli Polaków. Podopieczni selekcjonera Jerzego Brzęczka spisali się po prostu słabo i ulegli rywalom nie mając większych argumentów, aby zagrozić ich bramce. Na Bałkanach ma być inaczej, w dużej mierze także dlatego, że klasa przeciwnika jest słabsza. Brzęczek pokusił się także o liczne zmiany - postawił na Łukasza Fabiańskiego w bramce czy Arkadiusza Milika na szpicy. Spotkanie w Zenicy zostanie rozegrane oczywiście bez obecności kibiców, gdyż UEFA póki co na swoje rozgrywki nie wpuszcza jeszcze nawet garstki fanów. Czy polska drużyna narodowa poradzi sobie w Bośni i Hercegowinie i wróci do domu ze zwycięstwem? Przekonamy się już wkrótce, a teraz możemy zajrzeć do wnętrza biało-czerwonej szatni.
Home Książki Historia Polacy i Żydzi. Dzieje sąsiedztwa - dzieje waśni Wydawnictwo: Bellona historia 320 str. 5 godz. 20 min. Kategoria: historia Wydawnictwo: Bellona Data wydania: 2012-01-01 Data 1. wyd. pol.: 2012-01-01 Liczba stron: 320 Czas czytania 5 godz. 20 min. Język: polski ISBN: 9788311122246 Tagi: polacy żydzi historia Książka przybliża wiedzę o wzajemnych relacjach między Polakami i Żydami na przestrzeni wieków, nie unikając tematów drażliwych. Na podstawie dokumentów, faktów i przekazów historycznych ukazuje w przystępny i w miarę obiektywny sposób ich dobre i złe strony, po to, aby poszerzyć wiedzę na ten temat i usunąć ze świadomości te bariery, które powodują nieufność i nieporozumienia. Ponad osiem wieków historii Polaków i Żydów to temat pasjonujący, ciągle aktualny i jeden z najważniejszych w dziejach obu narodów. Łączy je wiele podobieństw, chociaż kultury, w których uformowały się oba narody, są odległe od siebie. Porównywarka z zawsze aktualnymi cenami W naszej porównywarce znajdziesz książki, audiobooki i e-booki, ze wszystkich najpopularniejszych księgarni internetowych i stacjonarnych, zawsze w najlepszej cenie. Wszystkie pozycje zawierają aktualne ceny sprzedaży. Nasze księgarnie partnerskie oferują wygodne formy dostawy takie jak: dostawę do paczkomatu, przesyłkę kurierską lub odebranie przesyłki w wybranym punkcie odbioru. Darmowa dostawa jest możliwa po przekroczeniu odpowiedniej kwoty za zamówienie lub dla stałych klientów i beneficjentów usług premium zgodnie z regulaminem wybranej księgarni. Za zamówienie u naszych partnerów zapłacisz w najwygodniejszej dla Ciebie formie: • online • przelewem • kartą płatniczą • Blikiem • podczas odbioru W zależności od wybranej księgarni możliwa jest także wysyłka za granicę. Ceny widoczne na liście uwzględniają rabaty i promocje dotyczące danego tytułu, dzięki czemu zawsze możesz szybko porównać najkorzystniejszą ofertę. papierowe ebook audiobook wszystkie formaty Sortuj: Książki autora Podobne książki Oceny Średnia ocen 7,5 / 10 6 ocen Twoja ocena 0 / 10 Cytaty Powiązane treści
Według Rona Turnbulla, który latami badał zbrodnie wojenne w byłej Jugosławii, nawet w przypadku masowej egzekucji należy zebrać ślady z każdego ciałaZbrodnie wojenne popełniane są często pod wpływem alkoholu i innych używek. Jest to tym większy problem w armii, której żołnierzom brakuje wyszkolenia i dyscyplinySprawcy, będąc często pod wpływem używek, nie próbują nawet zacierać śladów. Niski poziom wyszkolenia oraz nietrzeźwość oprawców powodują, iż niejednokrotnie egzekucje są tylko częściowo udane, a ci, którzy przeżyli, stają się świadkami w sprawachEksperci badający zbrodnie wojenne zdają sobie sprawę z tego, że przed sądem stawia się zazwyczaj tych, którzy wydają rozkazy. Niemniej każdy specjalista ma też pewną nadzieję na odnalezienie ludzi, którzy faktycznie pociągnęli za spust. W byłej Jugosławii zdarzały się przypadki identyfikacji takich osóbWedług Rona Turnbulla wpływ na zachowanie Rosjan w Ukrainie ma też fakt, iż rosyjskim żołnierzom wpaja się, że Ukraińcy są kimś mniej niż ludźmiInformacje na temat obrony Ukrainy możesz śledzić całą dobę w naszej RELACJI NA ŻYWOWięcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Onetu. Jeśli nie chcesz przegapić żadnych istotnych wiadomości — zapisz się na nasz newsletterTomasz Awłasewicz, Onet: Znaczną część swojej kariery spędził pan, badając zbrodnie wojenne. W jakich okolicznościach detektyw z wydziału zabójstw londyńskiej policji otrzymał rozkaz poprowadzenia śledztw w byłej Jugosławii? Ron Turnbull*: Jako detektyw pracowałem w różnych wydziałach. Przez wiele lat, chociażby w "The Flying Squad", czyli elitarnej komórce Scotland Yardu (londyńskiej Metropolitalnej Służby Policyjnej — przyp. red.). W pewnym momencie, wraz z garstką innych policjantów, otrzymałem rozkaz przejścia do wydziału, którego zadaniem było zjawianie się w miejscu, gdzie potencjalnie doszło do morderstwa — 24 godz. na dobę, siedem dni w tygodniu, na terenie całego Londynu. Tam, w pierwszej kolejności, mieliśmy stwierdzić, czy doszło do morderstwa, czy przykładowo do samobójstwa. Jeśli potwierdziliśmy, że mamy do czynienia z przestępstwem – przejmowaliśmy kontrolę nad miejscem zbrodni, organizowaliśmy pracę ekspertów, byliśmy obecni w trakcie sekcji zwłok, utrzymywaliśmy odpowiednie kontakty ze specjalistami i tak z naszych zaufanych kontaktów był londyński patolog sądowy, który jednocześnie doradzał brytyjskiej armii i w 1996 r. spędził z nią trochę czasu w Bośni. Wraz z szeregiem innych ekspertów pochylał się tam nad ciałami ofiar, które znajdywane były w masowych grobach i wraz z kolegami i koleżankami uznał, że sekcje zwłok to nie wszystko i potrzeba im ludzi, którzy będą w stanie zabezpieczyć dowody. Dowiedziałem się o tym i uznałem, że spytam mojego przełożonego, czy istniałaby możliwość, abyśmy my wypełnili tę lukę. Pomysł był jak najbardziej wykonalny, ponieważ policjanci Scotland Yardu, jak i innych służb z całego świata, byli i nadal są delegowani do pomocy w innych krajach. Mój szef także nie miał nic funkcjonariuszy Scotland Yardu wyjechało do Bośni?Ze Scotland Yardu tylko ja, ale przybyło tam też dwóch kolegów z innych krajów – Amerykanin oraz Holender, który był fotografem kryminalistycznym. Musieliśmy pracować w sposób akceptowalny dla Organizacji Narodów Zjednoczonych, akceptowalny dla europejskich sądów, co początkowo wcale nie było takie oczywiste, ponieważ działania w Bośni organizowane były przez amerykańską organizację non-profit o nazwie Physicians for Human Rights. Siłą rzeczy sprawy prowadzono więc w sposób, który satysfakcjonowałby amerykańskie sądy, a to nie zawsze pokrywało się z tym, co potrzebne było w sądach więc wprowadzić wiele zmian i to szczęśliwie się udało. Spędziłem tam parę miesięcy i to były moje pierwsze kroki, jeśli chodzi o zbieranie dowodów zbrodni wojennych. Po powrocie wróciłem do wydziału zabójstw w Londynie, ale na przestrzeni następnych dwóch, czy trzech lat wielokrotnie wzywany byłem do Bośni, aby szkolić innych specjalistów i doradzać przy różnych śledztwach. W 1999 r. rozpoczął się natomiast kolejny rozdział tej część artykułu pod materiałem wideoJak się domyślam, związany z obecnością wojsk NATO w Kosowie?Tak. ONZ miało tam swoich ekspertów, którzy prowadzili dochodzenia, odwiedzali miejsca masowych egzekucji, zbierali zeznania od różnych świadków, członków rodzin zabitych, a nawet od tych, którzy wyszli cało z takich masowych egzekucji, co przecież też się zdarzało. Jednak ONZ nadal potrzebowało ekspertów, którzy zajmą się zabezpieczaniem dowodów. Zatem brytyjski rząd, bardzo słusznie, postanowił stworzyć własną grupę fachowców, którzy pomogą. A konkretniej do utworzenia takowej grupy wyznaczono mnie oraz ówczesnego szefa wydziału antyterrorystycznego w Scotland nam się zebrać szereg kompetentnych ludzi i w 1999 r. udaliśmy się do Kosowa. To byli detektywi, patolodzy, fotografowie i nie tylko. Pracowaliśmy tam przez sześć miesięcy, wróciliśmy do domu, po czym w 2000 r. brytyjski rząd wysłał nas tam ponownie, abyśmy podomykali sprawy, które tego wymagały. W 2002 r. miałem już wystarczająco dużo lat służby za sobą, że mogłem przejść na emeryturę i wówczas otrzymałem propozycję pracy od ONZ, a konkretniej od Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii z siedzibą w Hadze. I tak na sześć lat trafiłem do Holandii, gdzie pomagałem przy procesach takich dżentelmenów jak, chociażby Slobodan wpajano, że ludzie, których mają zabić to nic więcej jak karaluchyNiezależnie od tego, gdzie wybucha wojna i niezależnie od tego, kto jest stroną konfliktu – zawsze spodziewać się można ofiar wśród cywilów i nigdy nie można wykluczyć, że wśród żołnierzy będą "czarne owce". Mimo to niewielu spodziewało się aż tak drastycznych doniesień z Ukrainy. Czy pan był wśród tych, których nie zaskoczyły informacje o okropieństwach, których dopuszczają się Rosjanie?Ja i moi koledzy po fachu spodziewaliśmy się takiego rozwoju wydarzeń od pierwszych chwil. Stalin to robił. Hitler to robił. Milošević to robił. Wszyscy używali tych samych metod, wszyscy używali takich samych ludzi do wykonywania rozkazów i teraz to samo robi Putin. Historia się powtarza, wszystko po staremu, tyle że mi nadal trudno jest uwierzyć, że to dzieje się pod naszym nosem. Ukraina to nie jest drugi koniec świata – my mówimy o terenach, na które pan w mgnieniu oka dojechać może sobie samochodem. Rozumiem, historia się powtarza, więc może faktycznie nie powinno nas to aż tak zaskakiwać. Jednak mówimy o morderstwach, gwałtach na dorosłych i dzieciach. To szokujące. Większość ze sprawców parę miesięcy temu miała normalne życie i niewykluczone, że wielu z nich nigdy nie popełniło żadnego przestępstwa. Dlaczego nagle, w warunkach wojennych, okazują się potworami?W przypadku Rosjan jest to pewien schemat, który znów się powtarza. To po prostu żołnierze niezdyscyplinowani i nie bez powodu od lat cieszą się złą reputacją. Zresztą na własne oczy widziałem, jak oni pracują, ponieważ rosyjscy spadochroniarze, mimo że są to przecież siły spoza NATO, chroniły mnie i moich kolegów oraz koleżanki, gdy zabezpieczaliśmy dowody w masowym grobie na terenie Republiki Serbskiej. Zazwyczaj towarzyszyli nam żołnierze wojsk NATO, więc mieliśmy porównanie i nie da się ukryć, że różnica była pokazuje, że Rosjanie mają problem z pijaństwem. Ich wyszkolenie, nastawienie, zachowanie odbiegało bardzo od standardów. Do Ukrainy trafili żołnierze, którzy w ogóle nie spodziewali się, że kiedykolwiek wyruszą na wojnę, a już na pewno nie, że teraz. Ponadto trzeba też mieć na uwadze to, co jest im wpajane i w rezultacie – w jaki sposób oni patrzą na Ukraińców. Rosyjski atak rakietowy pod Odessą. Zginęło w nim 19 cywilów - PAP/EPA/STRJak na podludzi?Z tego, co słyszałem, Rosjanie używają nawet wyrażenia "karaluchy". To znana metoda. Lata temu byłem w Rwandzie, gdzie dzieliłem się doświadczeniami z ludźmi badającymi tamtejsze zbrodnie. Oni mówili, że sprawcom wpajano, że ludzie, których mają zabić to nic więcej jak właśnie karaluchy. A dziś rosyjskim żołnierzom wmawia się, że pozbawianie Ukraińców życia to nie do końca to samo co zabijanie, bo Ukraińcy to co, jeśli nie zabijanie? Usuwanie szkodników?Tak, usuwanie szkodników, które stanęły na ich drodze. Dodatkowo ci zwyczajni żołnierze szukają rozrywki. Jak mówiłem — są źle przygotowani do służby, nie mają nawet wystarczającego wyposażenia, panuje tam chaos, oni chcą się rozerwać. Każdy człowiek w swoim życiu szuka rozrywki, tyle że szczęśliwie większość z nas chce tylko jej normalnych, zdrowych form. Rosjanie w Ukrainie piją i stawiają na tę chorą były bezbronne. CałkowicieSądzi pan, że znaczącą rolę odgrywa tu alkohol, tudzież inne używki?Zdecydowanie tak. W byłej Jugosławii tak było i teraz z pewnością też tak jest. Podczas dochodzeń prowadzonych przeze mnie świadkowie, w tym ludzie, którzy przeżyli rozstrzelanie i spędzili w masowych grobach wiele godzin, udając, że są nieżywi, powtarzali to samo – że ich oprawcy zdecydowanie byli pod wpływem różnych substancji. A po wszystkim chodzili wokół, robili sobie żarty, bełkotali coś, urządzali imprezy. Wśród tych żołnierzy, przy czym nazwanie wielu z nich żołnierzami to jakieś nieporozumienie, byli psychopaci wyciągnięci z więzień, czy też szpitali psychiatrycznych. Dostawali carte blanche, robili, co chcieli, a tym bardziej nikt nie kontrolował ich w czasie wolnym. Zabawiać się mogli dowolnie – to, czy robili to, pijąc, czy też gwałcąc, zależało wyłącznie od były najgorsze okropieństwa, które widział pan podczas lat pracy?Oczywiście niestety typowe dla takich miejsc – przykre sceny, czyli chociażby ofiary z zawiązanymi oczami. Niekiedy były to zwłoki z wieloma otworami po kulach w tyle głowy. Swoją drogą stanowiło to kolejny dowód na to, iż oprawcami byli pijani amatorzy. Szczęśliwie brak wyszkolenia u tych żołnierzy pozwolił niejednej osobie wyjść cało z egzekucji, ale większość nie miała takiego szczęścia. Na własne oczy widziałem swego rodzaju obóz koncentracyjny w byłej Jugosławii, gdzie ofiary wiązane były drutem kolczastym. Więźniowie ewidentnie nie byli w stanie nawet podnieść się z ziemi, a co dopiero walczyć, czy w jakikolwiek sposób się opierać. Byli bezbronni, każdej ofierze przyjrzeć się osobno, by adwokaci zbrodniarzy nie mówili, że nie ma dowoduZjawiając się na miejscu zbrodni w Londynie, z pewnością robił pan wszystko, aby nie pominąć żadnego szczegółu — aby każdy, nawet najmniejszy włos trafił do laboratorium. Czy śledczy badający przypadki zbrodni wojennych, zjawiający się często w miejscach, w których znajdują się zwłoki wielu ludzi, muszą iść na jakiś kompromis przy zabezpieczaniu śladów? Pamiętam, co powiedział nam pewien amerykański patolog, gdy przygotowywaliśmy się do rozpoczęcia prac w byłej Jugosławii. Stwierdził on, że powinniśmy ustalić sobie z góry, jakiej liczbie ciał w każdym miejscu zbrodni chcemy się przyjrzeć i skupiać się na ludziach, którzy mieli zasłonięte oczy, związane ręce lub też w inny sposób wyglądali na typowe ofiary egzekucji. Nie wszyscy podzielali opinię Amerykanina i podnosili argument, że przecież na miejscu zbrodni mogły być równie dobrze nawet osoby, które dostały zawału serca, albo udusiły się przygniecione przez martwych wokół. Uznaliśmy, że musimy każdemu po kolei przyjrzeć się osobno, bo inaczej adwokaci zbrodniarzy będą później mówić, że nie ma dowodu na to, że X lub Y został faktycznie zabity przez kogoś. A wówczas cała strategia, cały akt oskarżenia potencjalnie posypie nam się jak zbieraliśmy ślady u każdego, pobieraliśmy nawet próbki DNA, mimo że były to dopiero początki tego typu badań kryminalistycznych. Niektóre ciała dostarczały nam dużo dowodów, niektóre mniej. Idealny scenariusz, który często się sprawdzał, zakładał, że z samego ciała pobierzemy szereg próbek, dalej przeszukamy dokładnie ubranie w poszukiwaniu przedmiotów, które mogłyby nam pozwolić na identyfikację zwłok, niekiedy zabezpieczaliśmy też pociski, które wyleciały z rany i znajdowały się w ubraniu. Niestety, zdarzały się przypadki grobów, gdzie znajdowaliśmy zwłoki bez kończyn i zwłoki nagie i to warunkowało ilość materiału dowodowego, który mogliśmy że pana ukraińscy koledzy po fachu obecnie mogą pod wieloma względami mieć jeszcze o wiele trudniejsze zadanie. Przecież prowadzą swoje działania na terenie, na którym bliżej lub dalej toczą się walki, w stresie, myśląc o tym, że na froncie giną członkowie ich rodzin i przyjaciele. Domyślam się, że pan swoją pracę wykonywał w bardziej sprzyjających na którym pracowałem, teoretycznie był nadal uznawany za strefę wojenną, jednak faktycznie nic poważnego się tam nie działo. Dodatkowo byliśmy przecież ochraniani przez wojska NATO, czy też, jak już wspominałem, przez Rosjan. Wierzę, że w Hadze obmyślony zostanie plan pomocy Ukrainie i gdy będzie już bezpiecznie, do miejsc zbrodni dotrą specjaliści z różnych krajów. Do tamtej pory Ukraińcy będą musieli pracować sami, jednak sądzę, że doskonale będą sobie radzić. W Bośni i Kosowie nie było żadnej formacji, którą my uznalibyśmy za godną zaufania policję, dlatego tam przyjechać musieliśmy my. W Ukrainie sytuacja wygląda zupełnie inaczej, oni mają pełnoprawną policję, doskonałych ekspertów. Natomiast jestem pewien, że mogą natrafić na groby, których nie będą w stanie obejrzeć odpowiednio szybko – chociażby w sytuacji, gdy takowy znajdować się będzie w strefie zagrożonej atakiem Rosjan. Groby na cmentarzu w Mariupolu. To ofiary inwazji Rosji na Ukrainę - Stringer / AFPCo wówczas powinni zrobić?Taki teren powinno się po prostu w miarę możliwości ochraniać, do czasu, gdy eksperci będą mogli tam wrócić. Chciałbym też zwrócić uwagę na fakt, iż praca na miejscu zbrodni niekiedy utrudniona jest z zupełnie innych przyczyn. Utrudniają ją miejscowi i członkowie rodzin zmarłych?Dogadanie się z nimi, zdobycie zaufania – to priorytet. Niekiedy dochodzi niemal do rękoczynów – pamiętam, gdy ochraniający nas żołnierze kazali opuścić jedno z miejsc egzekucji, bo miejscowi byli tak bardzo przeciwni naszej obecności. Przed wyjazdem dokładnie wszystko wrócić tam, gdy uda się porozumieć z miejscowymi i przed rozpoczęciem prac potwierdzić, że nikt nic nie ruszał w miejscu zbrodni? Zgadza się – i to się udało. Tak więc bardzo istotne jest wsparcie ze strony rodzin i mieszkańców danej okolicy i nie mówimy tu tylko o samej ich aprobacie, ale też chęci złożenia zeznań. Ci ludzie często bali się mówić, zdarzało się, że sprawcami zbrodni były osoby, które osobiście znali. Jak to często bywa, wyzwaniem było także zebranie zeznań od ofiar gwałtów i członków ich rodzin. Ja nie nie zajmowałem się takimi dochodzeniami, ale wiem, że w grę wchodził tam przecież wstyd odczuwany przez ofiary i świadków, barierą stawał się też aspekt kulturowy. Zyskanie zaufania lokalnej społeczności było nieodzownym elementem naszej pracy. "Mam cichą nadzieję, że Putin ostatecznie stanie przed sądem"Podczas dochodzeń dotyczących morderstw w Londynie celem pana oraz pańskich koleżanek i kolegów było znalezienie konkretnego sprawcy, aresztowanie go i umożliwienie sądowi skazania go na karę wieloletniego więzienia. Z jakim nastawieniem na miejsce egzekucji przychodzą śledczy badający zbrodnie wojenne? Większość z nas miała już duże doświadczenie i zdawaliśmy sobie doskonale sprawę z tego, że znalezienie osób, które pociągnęły za spust i postawienie ich przed sądem, jest mało prawdopodobne. Wiedzieliśmy, że finalnie chodzić będzie o doprowadzenie do skazania tych, którzy wydawali rozkazy. Mówimy tu przecież o egzekucjach, w których niestety do grupy ofiar strzelała grupa pijanych żołnierzy. Trudno tu liczyć na odnalezienie sprawców. Jak wspominałem, zdarzały się pojedyncze przypadki, w których świadkowie zeznali, że strzelającym była osoba im znana – przykładowo lokalny policjant dysponujący bronią. Ale to stanowiło rzadkość i wiedzieliśmy, że ONZ tak naprawdę będzie celowało w tych, którzy byli na samej górze. Co nie zmienia faktu, że mieliśmy jakąś cichą nadzieję na znalezienie tych, którzy pociągali za spust. Na pewnym etapie naszych dochodzeń wysłaliśmy wszystkie znalezione pociski do FBI, na wypadek, gdyby w przyszłości udało się znaleźć jakąś broń, przypisać ją do konkretnej jednostki wojskowej. Wtedy moglibyśmy porównać pociski, które znaleziono na miejscu zbrodni z tymi, które specjaliści wystrzelą dla porównania z zabezpieczonego arsenału. Jestem pewien, że w Ukrainie będzie to funkcjonowało sprawcy zbrodni próbowali zacierać ślady? Albo pozostawiać po sobie takie ślady, które wskazywałyby na to, że sprawcą był ktoś zupełnie inny, inne wojsko?Wiemy, że zabójcy niejednokrotnie pozwalali ofiarom nawet wybrać miejsce, w którym zginą. Oprawcom było wszystko obojętne, czekali tylko na to, by móc się napić. To byli ludzie hańbiący zawód żołnierza, amatorzy pod wpływem najróżniejszych środków. Nie zacierali żadnych śladów, a nawet gdyby próbowali – wiadomo, jaki by był tego skutek. Jeśli chodzi o Ukrainę i działania Rosjan, to też wątpię, by się czymkolwiek przejmowali. Z tego, co wiem, nie chce im się nawet chować własnych ludzi, a co dopiero przejmować się tym, jak i gdzie pozostawią swoje jest pan zadowolony z tego, jakie rezultaty przyniosły pańskie działania na terenie byłej Jugosławii i jaki finał miały procesy w Hadze, na które pomógł pan dostarczyć dowody? Szczerze mówiąc, nie jestem zadowolony, te procesy trwały wyjątkowo długo i nie udało się pociągnąć do odpowiedzialności ludzi, którzy znajdowali się niżej w hierarchii. Oczywiście, od początku wiedzieliśmy, że będzie to trudne, ale mimo to mieliśmy nadzieję, że się uda. Na co w pańskiej opinii pozwolą dowody zebrane przez ekspertów w Ukrainie?Ich praca jest niezwykle ważna, ale czy wierzy pan, że do Moskwy trafią śledczy i prawnicy wyznaczeni przez ONZ? Czy sądzi pan, że Rosja wyda nam któregoś z przywódców tak, jak miało to przykładowo miejsce w przypadku Serbii? Niestety, szansa jest bardzo mała. Chociaż oczywiście mam cichą nadzieję, że Putin ostatecznie stanie przed sądem.*Ron Turnbull: wieloletni detektyw londyńskiego wydziału zabójstw, weteran Scotland Yardu. Od 1996 r., po 25 latach służby w policji, delegowany wielokrotnie do pomocy przy badaniu zbrodni wojennych na terenie byłej Jugosławii. W latach 2002-2008 zatrudniony w Międzynarodowym Trybunale Karnym dla byłej Jugosławii. Pomagał przy procesie Slobodana że jesteś z nami. Zapisz się na newsletter Onetu, aby otrzymywać od nas najbardziej wartościowe utworzenia: 2 lipca 2022, 17:05Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie znajdziecie tutaj.
dzieje polaków w bośni